- Mała, wstań - wyszeptałem głaszcząc Michelle po policzku - Proszę, skarbie.
- Co się dzieje? - zapytała sennie - Daj mi spać, błagam.
- Wiem, że jesteś słaba, ale musisz jeść - uśmiechnąłem się do niej delikatnie - Zejdziesz na dół czy ci przynieść?
- Mógłbyś mi przynieść? - zapytała słabo, a ja tylko przytaknąłem i wyszedłem.
Zbiegłem na dół i zagrzałem rosołu, o który mnie prosiła. Po chwili do kuchni wszedł Purdy i spojrzał na mnie smutno.
- Co robisz?
- Grzeję zupę dla Michelle, bo jest głodna - odpowiedziałem - A co?
- To jej ostatnie dni, wiesz? - zapytał cicho - Nie zrealizujecie listy życzeń, bo ona nie da rady. Jest za słaba.
- Ona przeżyje - wyszeptałem - Musi. Przecież zostały jej jeszcze 3 miesiące. To tylko chwilowe osłabienie.
- Stary to koniec. Ona już długo nie pociągnie, to kwestia kilku dni - próbował mnie przekonać - Nie chcę, żeby tak było, ale nic na to nie poradzimy. Przykro mi.
- Nie! - krzyknąłem ze łzami w oczach - To tylko chwila słabości! Wszystko będzie dobrze, rozumiesz!?
Wybiegłem z kuchni, zapominając o zupie i wbiegłem do łazienki, zamykając drzwi na klucz. Usiadłem na zimnej posadce i rozpłakałem się jak małe dziecko. Po co ja się okłamuję, przecież wiem, że ona umrze już niedługo, a jednak wciąż mam złudną nadzieję, że stanie się cud i ona przeżyje. Musiałem udawać silnego mimo, że nie dawałem rady. Ciągle wyobrażam sobie jak będzie wyglądać chwila, w której Ona odejdzie i ta wizja stawała się coraz bardziej realna.
- Andy, skarbie wyjdź stamtąd - usłyszałem głos Chellie i aż podskoczyłem. Od 3 dni prawie nie wychodziła z łóżka chyba, że do łazienki.
- Mysza, idź się połóż a ja zaraz przyjdę - powiedziałem starając się, żeby mój głos nie zadrżał.
- Nie - powiedziała niezwykle pewnym głosem - Nie wyjdę, dopóki nie wyjdziesz z łazienki.
Szybko podniosłem się z podłogi i wykonałem polecenie mojej żony. Stała przede mną w dużo za dużej koszulce z logiem Guns 'N Roses i krótkich, również za dużych spodenkach. No cóż, choroba wykończyła ją do tego stopnia, że bardzo schudła. Niewiele myśląc przytuliłem ją, starając się jej przy okazji nie uszkodzić. Poprosiła bym, zaprowadził ją do kuchni. Usiadła przy stole i zabrała się za jedzenie, nawet przełykanie szło jej z trudem.
- Skąd wiedziałaś, że jestem w łazience? - zapytałem siadając na przeciwko niej.
- Usłyszałam twój krzyk i przyszłam sprawdzić co się stało - wzruszyła ramionami - Ash ma rację to tylko kwestia kilku dni i umrę. Nie możesz okłamywać sam siebie.
- Skąd pewność, że umrzesz? - zapytałem niby od niechcenia, ale głos mi zadrżał.
- Czuję to - odpowiedziała smutno - Jest mi przykro, ponieważ nie dokończę listy, a przecież obiecałam ci, że ją zrobimy razem.
- Na prawdę, martwisz się tylko o tę głupią listę!? - krzyknąłem znowu ze łzami w oczach - Ty umierasz! Ja tu zostanę i będę musiał przeżywać twoją stratę, ale mniejsza o to. Cierpisz! Przecież widzę, jak trudno utrzymać ci się na nogach bez niczyjej pomocy i widzę jak przełykasz z trudem, a ty martwisz się o listę!
- Przepraszam - wyszeptała cicho - Zapominam o tym co ty będziesz czuł po tym jak umrę, ale i tak ci zazdroszczę. Zostaniesz tu, a ból po mojej śmierci w końcu minie i będziesz szczęśliwy. Będziesz widział jak Jasper dorasta i jak chłopaki znajdują swoją miłość, jak rodzą się ich dzieci, podczas gdy ja będę gnić i odejdę w zapomnienie!
Podniosła się z krzesła i wyszła. Siedziałem jak osłupiały, gdy nagle usłyszałem jej krzyk i uderzenie o ziemie. Szybko wybiegłem i zobaczyłem Chellie leżącą pod schodami.
- Michie, Michelle, skarbie - szeptałem ze łzami w oczach, klepiąc ją po policzkach - Otwórz oczy, błagam!
Otworzyła je, a ja odetchnąłem z ulgą.
- Zanieś mnie do pokoju, proszę.
Wykonałem polecenie, a kładąc dziewczynę na łóżku pocałowałem jej policzek.
- Śpij dobrze - wyszeptałem i wyszedłem.
Kurwa, kurwa, kurwa... Powtarzałem ze zdenerwowaniem. Głupi idioto, czemu na nią krzyczałeś? Trzeba było się zamknąć! Nie powinieneś się na niej wyżywać, to nie jej wina, że umiera! Umiera, tak właśnie. Po raz kolejny tego dnia popłakałem się.
- Andy... - usłyszałem Sammi i po chwili poczułem jej szczupłe ciało w moich ramionach - Bądź silny dla niej.
- Postaram się - odpowiedziałem nie pewnie - Dla niej.
~ Michelle ~
Obudziłam się w nocy w ramionach Andy'ego. Miejscu, w którym czułam się najlepiej na świecie. Mimo tego, że było mi dobrze wydostałam się z jego ramion i przeszłam do pokoju mojego syna. Moje maleństwo spało przytulone do misia, którego dostało od dziadków. Pogłaskałam chłopca po policzku i wyszeptałam, że go kocham. Otworzyłam drzwi pokoju Jinxx'a i Sammi. Zobaczyłam ich wtulonych w siebie. Wszystkie wspomnienia związane z nimi wróciły. To jak Sammi się przestraszyła, jak się dowiedziała, że jestem wampirem i jej przemiana. Wszystkie chwile z Jinxx'em. Chociaż wiedziałam, że mnie nie usłyszą szepnęłam 'Dziękuje i kocham was'. Następnie zrobiłam to samo w pokojach reszty Bridesów. Czas, który z nimi spędziłam był niewątpliwie najlepszym czasem w moim życiu. Zeszłam po schodach na dół i ujrzałam nasze wspólne fotografie. Na kilku z nich pojawiała się Elizabeth, siostra Biersack'a, która umarła już jakiś czas temu. Oglądałam te wszystkie zdjęcia i płakałam. Płakałam, bo wiedziałam, że to stanie się dzisiaj. Dzisiaj skończy się moje życie, a ja nic na to nie poradzę. Poczułam zawroty głowy, więc szybko ruszyłam na górę. Weszłam do swojego łóżka i o dziwo zauważyłam, że Andy już nie śpi.
- Gdzie byłaś? - wychrypiał - Już miałem iść cię szukać.
- Byłam się przejść - odpowiedziałam przytulając się do niego mocno - Idź spać. Kocham cię najmocniej, pamiętaj. Dobranoc. Na zawsze.
- Ja ciebie też Michelle - odpowedział odwzajemniając uścisko - Dobranoc.
Zamknęłam na chwilę oczy i odpłynęłam.
'Idę pięknym, białym korytarzem a przede mną wielkie, biało-złote drzwi i cztery postacie, których z tej odległości nie mogę rozpoznać. Ogólnie wszystko wokół jest rozmazane. Coś w środku każe mi biec, więc biegnę do tych postaci. Po chwili je rozpoznaję. Mama, tata, babcia i Elizabeth!
- Channel córeczko! - krzyczą uradowani rodzice i mocno mnie przytulają - Tęskniliśmy, nawet nie wiesz jak bardzo.
- Wnusiu, wyrosłaś na przepiękną dziewczynę - przytula mnie babcia - Jestem z ciebie taka dumna.
- Chacky - słyszę tak dobrze znany mi głos przyjaciółki - Przykro mi.
- Mi też - wyszeptałam przytulając ją do siebie - Dlaczego ja?
- Tego nie wie nikt. Niezbadane są wyroki boskie - odpowiedział ojciec tym swoim naukowym tonem - Córciu za tymi drzwiami jest nasz Raj. Miejsce, którym wszyscy już nie żyjący są szczęśliwi. Czas leci tu szybciej niż na ziemi. Chodź, a wszystkie twoje troski znikną.
Rodzice otworzyli drzwi i weszli do tego miejsca.
- Kocham cię Andy - wyszeptałam i weszłam do Raju - Będę tu na ciebie czekać.'
~ Andy ~
Obudziłem się czując się... dziwnie. Podniosłem się z łóżka i spojrzałem na Michelle. Wyglądała słodko, ale coś mnie zaniepokoiło.
- Skarbie wstawaj, Michy, Chellie - potrząsnąłem nią lekko, lecz nie reagowała. Zacząłem wrzeszczeń - Kochanie, obudź się. Michelle, błagam!
Osłupiałem, bo wiedziałem co się stało. Umarła. Odeszła bez pożegnania. Po prostu mnie zostawiła. Po chwili w pokoju pojawili się, wszyscy. Spojrzeli na łóżko i na mnie, po chwili znowu na łóżko i się rozpłakali. To było tak dziwne i nienaturalne. Nie rozpłakałem się. Wyszedłem z pokoju, nie mogąc patrzeć na ich cierpienie i na ciało mojej ukochanej. Wszedłem do pokoju swojego syna i zauważyłam, że jest smutny, ale nie płakał.
- Jasper, odeszła - wyszeptałem podnosząc go z łóżeczka - Mamusi już nie ma.
Chłopiec skrzywił się, a po jego policzku spłynęła jedna pojedyncza łza.
- Poradzimy sobie - uśmiechnąłem się do syna - Chellie, tylko tego chciała.
~ 4 dni później ~
Nadszedł dzień pogrzebu Michelle. Obudziłem się na kanapie w pokoju Jaspera, które przez ostatnie dni była miejscem, w którym ostatnimi czasy spędzałem najwięcej czasu. Lubiłem siedzieć tu i patrzyć na Małego, bo właśnie tu nie czułem, zmian związanych z odejściem Michelle. Jazz jeszcze nie rozumiał co się stało i wciąż był tym samym dzieckiem co wcześniej. Śmiał się, płakał, bawił się, spał, a ja czułem się, jakby Chellie miała zaraz wejść. Mały jeszcze spał, a ja poszedłem do mojego, teraz już tylko mojego, pokoju i wyciągnąłem z mojej szafy czarny garnitur i koszulę tego samego koloru. Podśpiewując 'Tears In Heaven' Erica Claptona przebrałem się i wróciłem do pokoju swojego syna. Przeszukałem jego szafę i ze zdenerwowaniem stwierdziłem, że nie mam go w co ubrać. Czarny garnitur, który kupiła mu Chellie na nasz ślub był za mały. Co się dziwić, przecież Jazz rośnie. W końcu wybrałem czarne jeansy i czarną koszulę z krótkim rękawem. Lepsze to niż nic.
- Jasper, synku - szeptałem głaszcząc go po policzku - Za chwilę musimy wychodzić, Jazz!
Maleństwo w końcu otworzyło swoje śliczne oczka i spojrzało na mnie nieprzytomnie. Zmieniłem mu pieluchę i przebrałem go w strój. Zszedłem z nim na rękach na dół i wsadziłem do wózka. Wszyscy znajdujący się w salonie popatrzyli na mnie smutno. Bridesi z dziewczynami, rodzice, Sara, a nawet moja babcia, która nie znała Michy.
- Idziemy? - zapytałem cicho unikając wzroku każdego z zebranych.
- Idziemy - odpowiedział tata i ruszyliśmy do kaplicy, w której miał się odbyć pogrzeb Michelle. Zaraz po przekroczeniu drzwi ujrzeliśmy mnóstwo ludzi, którzy kiedykolwiek mieli coś wspólnego z Chellie. Tuż przed ołtarzem stała na czymś w rodzaju stołu, otwarta trumna, w której leżało Jej ciało. Mimo próśb rodziców usiadłem na końcu kapliczki, a Ash chcąc okazać mi to, że jest ze mną usiadł obok mnie. Wszyscy żałobnicy podchodzili do trumny, klękali czy też stawali nad nią płacząc lub mówiąc do niej, jakby ich słuchała, a później odchodzili. Gdy akurat nikogo nie było przy Niej postanowiłem podejść. Leżała w czarnej sukience przed kolano i w czarnych szpilkach. Jej rude włosy opadały swobodnie na jej chude ramiona, a na twarzy miała lekki makijaż. Wyglądała jakby spała, ale wiedziałem, że tak nie jest. Im dłużej na nią patrzyłem tym bardziej chciało mi się płakać.
- Kocham cię - wyszeptałem głaszcząc jej policzek - Kocham cię Michelle Biersack.
Poczułem łzy na policzkach. Pierwszy raz od jej śmierci płakałem, na razie były to pojedyncze łzy, ale wiedziałem, że zaraz wybuchnę, więc dotknąłem dłonią po raz ostatni jej zimnych i bladych ust i szybko poszedłem na swoje miejsce. Purdy widząc w jakim stanie jestem przytulił mnie, nie przejmując się wszystkimi, którzy na mnie patrzyli. W końcu zaczęła się cała ceremonia. Ksiądz mówił swoją bzdurną formułkę o życiu Michelle, później była modlitwa, w której oczywiście nie uczestniczyłem, bo myślami wciąż byłam przy niej. Łzy lały mi się strumieniami, ale nie przejmowałem się tym. Słuchać zacząłem dopiero, gdy ksiądz poprosił Ashley'a o kilka słów. Basista szedł dumnie środkiem kapliczki i stanął przed mównicą czy jakkolwiek się to miejsce nazywa. Wciągnął głośno powietrze i zaczął mówić.
- Michelle nie była moją przyjaciółką. Była siostrą, o której zawsze marzyłem. Nie będę mówił jak zajebista była, kurwa nie powinienem tak mówić w tym miejscu, z resztą nie ważne. Wolę powiedzieć o tym jaka była przed śmiercią. Mimo, że wiedziała o tym, że już niedługo nas opuści była tak optymistyczna i pocieszała wszystkich. Gdy rozmawiałem z nią kilka dni przed jej śmiercią, prosiła, żebym na pogrzebie zadbał o to by wyglądała świetnie, bo chce, żeby wszyscy ją zapamiętali jako 'tą śliczną'. Była moim głosem rozsądku i nie mam pojęcia jak sobie bez niej poradzę...
Purdy złapał się mównicy i zaczął płakać. Ba! Wył i trząsł jak małe dziecko. Gdy Sammi, która miała mówić po nim podeszłą do niego i mocno przytuliła, chłopak podniósł głowę wysoko i ruszył na swoje miejsce, nie przejmując się łzami spływającymi po policzkach. Usiadł koło mnie i wtulił głowę w moje ramię. Doll zaczęła mówić, co chwila pociągając nosem.
- Miałam napisaną mowę, poruszającą i w ogóle, ale wiem, że jeśli Michelle tu jest i usłyszałaby tą mowę to by później mnie straszyła, za takie wzruszające gówno. Tak więc powiem tylko, że dosłownie pomogła mi wrócić do życia. Pytanie tylko co to za życie Bez niej? Jej odejście mimo tego, że wiedzieliśmy, że prędzej czy później nadejdzie, było zaskoczeniem i bólem, którego nigdy wcześniej nie zaznałam. Michelle kocham cię...
Dziewczyna rozpłakała się na dobre. Jej mąż podszedł do niej i pociągnął na miejsce. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy usłyszałem swoje imię i prośbę o podejście. Tak więc podszedłem na wyznaczone miejsce i zacząłem mówić pierwsze co mi przyszło na myśl.
- Jestem Andy, a Michelle była największą i jedyną miłością mojego życia. Wszystkie szczęśliwe i te mniej momenty, które spędziliśmy razem utwierdziły mnie w przekonaniu, że nasze uczucie było prawdziwe. Tak cholernie prawdziwe. Nasza mała nieskończoność, której owocem jest Jasper była najlepszym co mnie w życiu spotkało i jestem pewny,że tak pozostanie. Gdybym mógł jeszcze raz przeżyć jakiś jeden dzień, wybrałbym ten, w którym odeszła. Chciałbym się pożegnać inaczej niż to zrobiłem. Wiedziałaś, że to koniec? Prawda? Wiedziałaś i pożegnałaś mnie zwykłym ' Dobranoc.'? Chellie dlaczego?
Załamał mi się głos i zacząłem się trząść. Kilka głębokich wdechów i mówiłem dalej.
- Dziękuję za wszystko, za naszą małą nieskończoność, za Jaspera. Dziękuję Michelle, kocham cię. Na zawsze.
Wróciłem na swoje miejsce i czekałem na koniec. Po uroczystości udaliśmy się na cmentarz. Na początku szli ksiądz i ludzie niosący trumnę. Za nimi najbliżsi Michelle w tym ja, a za nami ludzie można by rzec, że mniej ważny. Stanęliśmy nad świeżo wykopanym dołem i ksiądz znowu zaczął swoją formułkę.
- Z prochu powstałaś i w proch się obrócisz. Spoczywaj w pokoju - poczułem, że ktoś wciska mi coś do ręki. Okazało się, że to Ash, a tą rzeczą była biała róża, dokładnie taka jakie uwielbiała Michelle. Ja i reszta Bridesów podeszliśmy do trumny i rzuciliśmy na nią kwiaty. Nie muszę chyba wspominać, że wciąż płakałem. Po chwili mężczyźni z domu pogrzebowego za pomocą jakiś linek umieścili trumnę z ciałem mojej ukochanej w dole, czemu oczywiście towarzyszyły głośne szlochy. W końcu to wszystko się skończyło, a my mogliśmy udać się na tzn. Stypę. Wszyscy zebrani ruszyli do swoich aut, oprócz mnie i Christiana, który został ze mną.
- Stary chodźmy już - powiedział cicho - Samochód czeka.
- Jej już nie ma - wyszeptałem przez łzy - Nie ma i nigdy nie będzie. Jedyne co zostało to wspomnienia, rozumiesz?
- Rozumiem i bardzo mi przykro - przytulił mnie do swojej piersi, co musiało wyglądać dziwnie z racji na różnicę wzrostu między nami.
- Kocham ją - wyszlochałem - Kocham w czasie teraźniejszym.
- Ona ciebie na pewno też - odpowiedział.
- Pomożesz mi wrócić do życia? - zapytałem zduszonym głosem - Dla niej, dla Jaspera. Przecież sam nie dam rady!
- Zawsze ci pomogę. Ja i reszta również, jesteś naszym przyjacielem.
W końcu ruszyliśmy sprzed grobu. Ostatni raz spojrzałem w dół i otarłem łzy. Kocham Michelle i będę żył dla niej, tak jakby ona chciała, żebym żył. Ona jest właścicielką mego serca i nigdy się to nie zmieni.
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Witam.
Tak dobrze się domyślacie, to koniec tego opowiadania.
Wiem, że miało być jeszcze co najmniej kilka rozdziałów o liście i w ogóle, ale nie sądzę, żeby przeciąganie tego wszystkiego na siłę miało jakikolwiek sens. Nie jestem do końca zadowolona z tego rozdziału, ale wydaję mi się, że całkiem nieźle pożegnałam Michelle, do której bardzo się przywiązałam.
Bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie wyświetlenia i komentarze. Ogólnie za czytanie moich wypocin. Zaczynając to wszystko, nie sądziłam, że aż tyle osób zainteresuję się moją twórczością.
Kocham was i liczę, że jednak nie powiesicie mnie na stosie :)